LO w Ropczycach - moja „rodzinna” szkoła.

Dlaczego taki tytuł dałam moim wspomnieniom?

Poniższym tekstem postaram się to uzasadnić. Z Ropczycami jestem związana od pradziada Michała. 90 lat temu, w 1923 r. powstała myśl o założeniu Gimnazjum Klasycznego i Żeńskiego Seminarium Nauczycielskiego w Ropczycach. Głównymi inicjatorami tych zamierzeń byli: burmistrz Władysław Bursztyn, proboszcz ks. dr Władysław Kuc oraz inspektor szkolny Feliks Sokołowski. Rada Miejska w Ropczycach wyłoniła ze swego grona „Komitet dla utrzymania szkół średnich”, który postarał się o odpowiednie lokale szkolne oraz środki naukowe, aby już z początkiem września 1923 r. uruchomić I kl. Gimnazjum i I kurs Seminarium.

 

W skład tego komitetu weszli:

-Artur Loret - starosta powiatowy jako przewodniczący,

-Władysław Bursztyn- burmistrz jako zastępca przewodniczącego,

-Grzegorz Lisowski- rejent,

-Leon Brand -lekarz miejski,

-ks. dr Władysław Kuc- proboszcz,

-Władysław Szczyrek- członek Rady Miejskiej.

Ten ostatni z wymienionych, Władysław Szczyrek, był bratem mojego dziadka Stanisława. Już w następnym 1924 r. do Gimnazjum zaczął uczęszczać mój ojciec Tadeusz /nauka w gimnazjum trwała wówczas 8 lat, po 4 latach szkoły powszechnej/.

waw1

Fot. Przed ropczyckim Gimnazjum – rok szkolny 1928/1929

Uczono wtedy, oprócz języka polskiego, także języka niemieckiego /z którym wielu miało kłopoty i zdarzały się poprawki/, języka greckiego i łacińskiego. Nauka tego ostatniego była na wysokim poziomie. Gdy ja byłam w I klasie LO /rok 1968-„łacina” była poza obowiązującym programem/, mój tato bez problemu, bez słowników tłumaczył mi teksty.

waw2

Fot. Klasa maturalna mojego taty 1932 r. Od lewej stoją: Pustelak Jan, Pośko Jan, Paśko Stefan, Pómstein Leizer, Fruhman Samuel, Sąsiadek Władysław, Szczyrek Tadeusz /mój tato/, Maciejko Bronisław. Od lewej siedzą: Kazała Jan, Lewandowski Wojciech /przez długie lata pracownik ropczyckiej poczty/, Wiercioch Józef/nauczyciel matematyki/, Erben Lidia, Lis Józef, Strzyż Józef /uczył później łaciny w LO/.

Zdawało się wtedy maturę ze wszystkich przedmiotów, jednego dnia przez wiele godzin. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić.

Na świadectwie dojrzałości widnieje zapis: „ po ukończeniu klas od I do VIII w gimnazjum koedukacyjnym miejskim im św. Stanisława Kostki w Ropczycach zdawał w terminie wiosennym roku 1932 gimnazjalny egzamin dojrzałości dla eksternów dawnego typu klasycznego wobec Państwowej Komisji Egzaminacyjnej, powołanej przez Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego”.

Komisja uznawała również absolwenta za zdolnego do studiów wyższych.

Lista obowiązujących wówczas przedmiotów to: religia, j. polski, j. łaciński, j. grecki, j. niemiecki, historia wraz z nauką o Polsce współczesnej, geografia, przyrodoznawstwo, fizyka, matematyka, propedeutyka filozofii.

Wśród uczniów gimnazjum byli wówczas także Żydzi. Świadectwa gimnazjalne klasowego kolegi mojego ojca Leisera Pómsteina są przechowywane do dzisiaj w rodzinnych pamiątkach.

waw3

Fot. Świadectwo dojrzałości Leizera Pómsteina z 1932 r.

Przez wiele lat byli szkolnymi kolegami, później razem studiowali na UJ w Krakowie. Leizer ukończył Wydział Rolniczy UJ-dalsze jego lata życia przerwała II wojna światowa i obóz w Pustkowie. Zostały po nim tylko te dokumenty, które zostawił mojemu ojcu. Z opowiadań taty pamiętam, że młodzi ludzie mieli zawsze szalone pomysły. Kiedyś chcąc uniknąć klasówki, w nocy usypali kopce z siana przed oknami profesora. Efekt został osiągnięty-profesor miał przedłużony nocny odpoczynek i zaspał. Klasówki tego dnia nie było. Tylko właściciele okolicznych łąk mieli problem- ile czyich kopek siana znalazło się pod tymi oknami?

Mój egzamin do Liceum Ogólnokształcącego w Ropczycach był w 1968 r. po ośmioklasowej Szkole Podstawowej Ropczycach. Z tego egzaminu pamiętam dwie młode pilnujące nas profesorki: prof. Elżbietę Sulisz i Elżbietę Wojdon. Później pierwsza z nich uczyła nas języka niemieckiego, druga języka polskiego.

Dyrektorem naszego Liceum był Ryszard Christoff, z wykształcenia biolog,człowieko wielkiej kulturze osobistej, bardzo pracowity, zaangażowany bez reszty w rozwój tej szkoły, doskonały organizator. Był wspaniałym pedagogiem, stawiał bardzo wysokie wymagania sobie, nauczycielom i uczniom.

Nasz rocznik miał trzy oddziały. Wychowawcą naszej koedukacyjnej klasy „c” byłProf. Stanisław Viscardi. W Liceum Ogólnokształcącym w Ropczycach był długoletnim nauczycielem, utalentowanym fizykiem i matematykiem, zakochanym w swojej pracowni przedmiotowej. Fascynowała go zwłaszcza fizyka doświadczalna. W licealnej pracowni fizycznej rodziły się, mniej więcej co 2 lata, jego pomysły na pomoce dydaktyczne, opracowania naukowe z dziedziny fizyki. Wiele tych prac wykonywał wspólnie z uczniami, którym udzielała się pasja Profesora. Był doskonałym wykładowcą, umiał zainteresować tym niełatwym przedmiotem nawet mniej zdolnych uczniów. W pamięci pozostały jego dowcipne powiedzonka: ”ciele oczy ma matulu” - to było jego powiedzenie, gdy kogoś błądzącego w obłokach wyrwał do odpowiedzi, a delikwent odpowiadał coś bez ładu i składu. Chłopcy wstający do odpowiedzi słyszeli: „zapnij bluszkę”- do dzisiaj im to przyzwyczajenie zostało-wstając zapinają marynarkę. Z naszą klasą, bardzo żywiołową, nie miał łatwo. Ale nigdy na nas nie skarżył do dyrektora. Umiał sam nasz nadmiar młodzieńczej energii wykorzystać dla dobra pracowni fizycznej i szkoły. Nasze wybryki były wykorzystywane na prace społeczne, często po zajęciach szkolnych. Moi koledzy swoją energię poświęcali na piłowanie sztabek żelaza na opiłki, a my dziewczęta miałyśmy dość prac przy porządkowaniu sal pracowni fizyki. Profesor nieraz żartobliwie nas prowokował: „coś za długo nic nie zrobiliście, może byście tak uciekli-kończą się opiłki, w pracowniach trzeba posprzątać”. Nie będę wymieniać naszych psot, niektóre przechodziły później „w spadku” na młodsze roczniki. Jednak, pomimo ogromnego respektu jaki budził, jako nauczyciel i człowiek, traktowany był przez całe pokolenia uczniów ze szczególną estymą i szacunkiem. Nigdy nikogo nie skrzywdził. Swoją osobowością udowodnił, że ucząc tak trudnego przedmiotu, można zdobyć sympatię uczniów i wdzięczną pamięć. Młodzieżą był otoczony zawsze, miał z nią świetny kontakt, a był przecież w liceum od rana do wieczora, często i w czasie ferii i wakacji. Absolwenci, którymi interesował się i po ukończeniu przez nich nauki licealnej, często odwiedzali go po latach w jego ukochanych pracowniach. Poza fizyką interesowała go także fotografia, prowadził kółko fotograficzne, a także filatelistyczne. Amatorsko zajmował się także jubilerstwem na urządzeniu, które sam skonstruował.

Przez nas uczniów zapamiętany został także Prof. Filip Chmielarski, uczestnik walk pod Monte Cassino. W naszej pamięci pozostały musztry na zajęciach z przysposobienia obronnego, a także jego opowieści o walkach z okresu II wojny światowej. Był wspaniałym gawędziarzem, z wielkim przeżyciem i dokładnością stratega opowiadał poszczególne dni walk o Monte Cassino. Dlaczego nie słuchaliśmy wtedy uważniej jego opowieści?! Dzisiaj żal. W czasie wakacji prowadził dla młodzieży Ochotnicze Hufce Pracy w lasach koło Lubaczowa. Był człowiekiem bardzo życzliwym, o wielkim sercu.

Nasz katecheta, Ks. Prof. Michał Siewierski, człowiek o wielkiej charyzmie, wychowawca wielu pokoleń ropczyckiej młodzieży, przez trzydzieści lat sprawował posługę jako wikary i katecheta w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym w Ropczycach. A w małym barokowym kościele imienia Maryi (od 2001 roku, od koronacji figury to Sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin), zwanym przez miejscowych Kościółkiem, ks. Michał odprawiał nabożeństwa maryjne, stworzył tu ośrodek duszpasterstwa młodzieżowego, szerzył kult Matki Bożej Ropczyckiej. Oprócz nauki religii, którą prowadził w sposób nowatorski i zmuszający do myślenia, poświęcał też wiele godzin na rozmowy indywidualne z aktualnymi i byłymi uczniami, błogosławił ich małżeństwa, radził w kłopotach, a niekiedy wspomagał materialnie. Poszerzał wiedzę religijną poprzez zapraszanie profesorów z tarnowskiego seminarium oraz KUL-u na wykłady czy głoszenie rozważań rekolekcyjnych. Miał bogaty księgozbiór, którym chętnie służył wszystkim zainteresowanym, doradzając zawsze odpowiednią lekturę. Dla klas maturalnych na zakończenie katechezy w szkole organizował zamiejscowe rekolekcje zamknięte. Czuł wielką odpowiedzialność i zatroskanie o duchowe wychowanie młodzieży w niełatwych powojennych latach. Walczył o prawo nauczania religii i swobodę działania organizacji kościelnych w trudnych stalinowskich czasach. Był to kapłan cichy, skromny, nad wyraz cierpliwy, pokorny, ale wielkiego ducha- stanowił wzór i przykład do wzrastania w mądrości i pobożności. Wychowywał i nauczał nie tylko słowem, ale i swoją bogatą osobowością i postawą.

Pamiętam dzień matury: 10 maja 1972 r.- ks. Siewierski zaprosił nas rano na Mszę św. do naszego Kościółka. Bardzo padało tego dnia, ale i niejedna nasza łza spadła wtedy na posadzkę naszego sanktuarium. Egzaminy pisemne były z j. polskiego, matematyki i wybranego przedmiotu. Po kilku dniach zdawaliśmy te przedmioty ustnie. Zdawałam geografię, lubiłam ten przedmiot, a u Prof. Haliny Szczygieł na piątkę trzeba było solidnie zapracować! Pamiętam, że były i zajęcia fakultatywne, na których przed maturą opracowywaliśmy poszczególne tematy. Jeden z nich był na pisemnym egzaminie maturalnym. Z napisaniem go nie było więc najmniejszego problemu.

waw4

Fot. Tablo naszej klasy IV „c” prof. Stanisława Viscardiego

Patrzę na fotografie naszego klasowego tabla /szkoda, że tyle ich uległo zniszczeniu/, na twarze naszych Profesorów, z których wielu już nie ma wśród nas.

Dyrektor Ryszard Christoff to była cała epoka „ogólniaka”:dyscyplina, mundurki,

Prof. Janina Cichocka uczyła nas j. rosyjskiego i opiekowała się internatem, Prof. Mieczysław Zymróz prowadził zajęcia techniczne, Prof. Mieczysława Siemion prowadziła lekcje historii i zajęć plastycznych., Prof. Filip Chmielarski- przysposobienie obronne, później tego przedmiotu uczył nas Prof. Zdzisław Zawisza, Prof. Halina Szczygieł-geografia i astronomia, Prof. Stanisław Gąsior- historia i propedeutyka, Prof. Elżbieta Wojdon- język polski, Prof. Stanisław Viscardi- fizyka i nasz nieoceniony wychowawca, Prof. Elżbieta Sulisz-j. niemiecki, Prof. Władysława Czaja- chemia i biologia, Prof. Stanisław Wójcik- matematyka.

W I klasie mieliśmy jeszcze innych profesorów: Prof. Stelmach uczył nas chemii, prof. Maria Wajdowska –historii, Prof. Halina Bijak-matematyki.

Były także pozalekcyjne zajęcia: maszynopisanie i j. łaciński z Prof. Józefem Strzyżem.

Jak tu opisać ,te z tak wielkim sentymentem wspominane dzisiaj, lata spędzone w „ogólniaku”!

Lekcje, wyjazdy na biwaki, rajdy i obozy. Szkolne zabawy na sali gimnastycznej w obowiązkowych białych bluzkach i czarnych lub granatowych spódniczkach. Mundurki i fartuszki z obowiązkowymi tarczami i belkami, berety z kółkami.

Była wielka dyscyplina, ale chyba nie wyszło nam to na źle. Gdy „ogólniak” wychodził na jakieś uroczystości -to się odróżniał i to jak!

Po jego ukończeniu dopiero były kupowane kolorowe sukienki. Ale na wszystkie późniejsze uczelniane egzaminy ubierało się wtedy dalej „po szkolnemu”- i nikt sobie nie wyobrażał, że mogło być inaczej.

Pomimo takiej żywiołowości wielu z naszej klasy ukończyło studia, zdobyło ciekawe zawody.

Moje licealne lata to czas budowy nowego skrzydła szkoły, z wyczekiwaną salą gimnastyczną, na której później pisaliśmy maturę. Pomagaliśmy w uporządkowaniu miejsca wokół nowych murów.

Zmieniło się to miejsce naszego „ogólniaka”, nie ma już kiosku, gdzie na przerwach kupowaliśmy bułki z marmoladą /od których wg słów naszego wychowawcy rozumu nam nie przybywało/. Nie ma starego budynku, w którym były zajęcia z chemii, a także pawilonu do zajęć technicznych, gdzie Prof. Zymróz usiłował nam wpajać zawiłości przyrządów technicznych /moi koledzy mieli o tym pojęcie, natomiast nam, dziewczętom, nie za dużo z tych zajęć zostało w pamięci/. Nie ma także budynku ,w którym mieszkał Dyrektor Christoff, auli, w której odbywały się szkolne uroczystości, internatu szkolnego i mieszkającej obok Prof. Janiny Cichockiej, która opiekowała się mieszkającą w nim młodzieżą.

Ale pozostaną w naszej pamięci.

Nasz „ogólniak”- tylu było tam nauczycieli kształtujących nasze osobowości. Każdyz nich zostawił jakąś swoją cząstkę w nas.

Bo człowiek rodzi się nie tylko w sensie biologicznym, psychicznym, ale także rodzi sięw wymiarze społecznym, kulturowym i w tym procesie rodzenia się człowieka stali przy nas i z nami nasi nauczyciele i wychowawcy. Dzisiaj jesteśmy mądrzy ich mądrością .

To były najpiękniejsze beztroskie lata naszego życia. Wiele przyjaźni z tych lat trwa do dnia dzisiejszego.

Wiele razy spotykaliśmy się po latach- było co wspominać!!!!!! I aż trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat, ale na fot. tabla jesteśmy tacy młodzi.

A żeby rodzinnej tradycji stało się zadość w 1997 r. ropczyckie LO ukończyła moja córka Katarzyna, a w 2002 syn Paweł.

Anna Małgorzata Szczyrek Wenc

 

 

 

Odwiedza nas

Odwiedza nas 4 gości oraz 0 użytkowników.