Nasza katecheza w liceum - ks. Adam Ochał
W moich wspomnieniach z lat licealnych chcę przywołać katechezę. Wprawdzie odbywała się ona poza szkołą, ale była częścią naszej edukacji licealnej i niech także „uczestniczy” w jubileuszu. Lekcje religii, jak to wówczas nazywaliśmy, odbywały się w jednej z dwóch salek katechetycznych, jakimi wtedy dysponowała parafia ropczycka.


Prowadził je niezapomniany dla nas ksiądz Michał Siewierski. Na początku pierwszej klasy, po różnych próbach umiejscowienia tej jednej w tygodniu godziny, znalazła ona swoje dość dziwne miejsce o godz. 7.00 rano, przed zajęciami w szkole. Oznaczało to dla nas wyjście w tym dniu o godzinę wcześniej z domu, co dla dojeżdżających z sąsiednich wsi, zwłaszcza na przykład z odległego o 15 kilometrów Wielopola, było dla uczniów aktem niemałej ofiary. Ale chodziliśmy prawie wszyscy. Nie powiem, że to nasze uczęszczanie na katechezę było wyrazem płomiennej wiary czy pragnieniem jej pogłębienia. Byłoby to ideałem. Uczęszczaliśmy w duchu wierności Kościołowi, posłuszni rodzicom, którzy nas wychowywali w wierze, duszpasterzom, którzy ze swej strony dokładali maksimum wysiłku, by uczyć o Bogu. Było naszym przekonaniem, że dopóki się uczymy, poznajemy także naszą wiarę.
Ksiądz Siewierski już o godzinie siódmej był po odprawionej w „kościółku” Mszy świętej i czekał na nas. Starał się przybliżyć nam prawdy wiary w oparciu o ówczesny program dla szkół średnich: w pierwszej klasie historię Kościoła, w drugiej dogmatykę katolicką, w trzeciej etykę, a w ostatniej miało miejsce przygotowanie do małżeństwa. Prawda, lekcja przed nauką w szkole nie sprzyjała uważnemu słuchaniu, niektórzy odpisywali od pilniejszych uczniów zadania z matematyki, fizyki czy niemieckiego bądź powtarzali lekcje szkolne. Dziś myślę, że było to przykre dla księdza Michała, ale on z uśmiechem, pobłażliwie patrzył na nas, nie przeszkadzał w tej „partyzantce”, był świadomy tego, co robimy, ale nie rezygnował z podtrzymania dialogu, wywoływał do odpowiedzi, zadawał pytania, próbował na ile to możliwe zainteresować, zawsze na stojąco wśród nas, jak pasterz wśród trzody. Na koniec zapisywaliśmy w zeszytach główne punkty katechezy, które następnym razem ksiądz odpytywał.
Ja w swoim niezbyt długim stażu katechizowania dzieci i młodzieży w trudnych momentach wspominałem postawę księdza profesora Siewierskiego, a po jego śmierci prosiłem go o wstawiennictwo w niebie. Z trudem udawało mi się go naśladować w tej jego cierpliwości i wyrozumiałości dla uczniów. Trzeba powiedzieć, że miał on charyzmat specjalny, dar dany od Boga. Uważał za najważniejsze, by młodzież była obecna na katechezie, by nie zrywała więzi z Kościołem, a wiara jako doświadczenie przyjdzie z dojrzewaniem i sama ona nie tyle jest owocem ludzkiego wysiłku, co łaską, a katecheza jedną z dróg do świadomego spotkania z Bogiem, ale nie jedyną. To spotkanie dokonuje się przez modlitwę, słuchanie Słowa Bożego i sakramenty. Dla tych, którzy uczęszczali na msze „młodzieżowe” odprawiane przez księdza Michała w „kościółku”, jego homilie pełne ducha, żywe, płomienne, jego gorliwość, troska duszpasterska o nas, oddziaływały w takim stopniu, a może jeszcze większym niż katecheza. Także jego indywidualne podejście do każdego z nas robiło swoje. On postępował na wzór Chrystusa, który chodził od miasta do miasta, od wsi do wsi, nauczał tłumy, ale uczniom wyjaśniał osobno naukę, im poświęcał więcej czasu, z nimi po prostu był. Jak ktoś powiedział: „W morzu się ryby łowi, ale hoduje w stawie albo w akwarium”. By wzbudzić większą wiarę, ksiądz Siewierski zapraszał nas w ferie zimowe na pielgrzymki do Częstochowy, posyłał do Tarnowa do seminarium na dni skupienia, a zwłaszcza w czasie wakacji do Ciężkowic na rekolekcje zamknięte. Kiedy zbliżały się wakacje, zapowiadał te rekolekcje, tak że wszyscy mogli pojechać, ale niektórych, którym były one jego zdaniem może bardziej potrzebne, zapraszał osobiście i - zdaje się - pokrywał koszty utrzymania. Tak było w moim przypadku po trzeciej klasie liceum. Zgłosiłem się na takie rekolekcje, ale nie pojechałem. W święto Piotra i Pawła, gdy mnie zobaczył na Mszy św., zaczekał pod kościołem i zapytał co tutaj robię, w Ropczycach, przecież miałem być w Ciężkowicach. Pamiętam, odpowiedziałem: „Siana, siana, księże profesorze, mama sama z siostrami (po śmierci ojca byłem jedyną męską siłą w gospodarstwie), a pogoda deszczowa, nie mogę matki zostawić samej, trzeba suszyć, zwozić”. „No trochę szkoda, że nie powiedziałeś, bo miejsce zostało puste. Ktoś inny mógłby pojechać, ale dobrze, ja tam zadzwonię, by cię zapisali na następny turnus. Zwieź siano i pojedź”. Same te rekolekcje zdecydowały o mojej drodze życiowej, ale za nimi stała pasterska miłość księdza Michała.
W swym życiu był dla mnie przykładem prostoty i franciszkańskiego ubóstwa. Chyba jako jeden z pierwszych mieszkańców Ropczyc miał telewizor otrzymany od parafian w prezencie imieninowym. Chcieliśmy jako chłopaki włączyć, popatrzeć, bo u nas w domu jeszcze nie było, ale zawsze był założony książkami, wydawało się, że go nie używał. Zresztą przyjemniejszym było posiedzieć razem i pożartować.
90 lecie Liceum ropczyckiego... Jest ono jakby naszą „Alma mater”. Taką nazwę stosuje się od wieków w odniesieniu do uniwersytetu: „matka karmicielka”, ponieważ on karmi wiedzą, wychowuje i posyła w życie. Nie będzie przesadą, jeśli odniosę to określenie do naszego liceum. Z wdzięcznością obchodzimy jego jubileusz, wspominając wszystkich profesorów i wychowawców. Wam, Drodzy Wychowawcy, niech Bóg błogosławi i pozwoli się cieszyć owocami pedagogicznego trudu, a Zmarłym niech Pan da w nagrodę życie wieczne. Tobie, księże Michale, szczególne dzięki za przykład wiary i miłości. Oręduj za nami przed Panem.
ks. Adam Ochał, Gruzja

Odwiedza nas

Odwiedza nas 38 gości oraz 0 użytkowników.