Moje wspomnienia (1950-1954)

       Każdy jubileusz jest okazją do wspomnień, powrotem do zdarzeń, ludzi i miejsc, czasem podsumowań przeżytego okresu, swoich zachowań, przemyśleń, przyjaźni, planów na przyszłość...

   Moja obecność w Liceum Ogólnokształcącym to lata 1950-1954.

        Pierwsze zetknięcie- egzamin wstępny do LO- Drobna, skromna dziewczyna, drżąca (oby mi wyszło) przed komisją egzaminacyjną. Zespół przy którym zdawałam egzamin to:

 prof. mgr Maria Lachman- język polski

 

 prof. Bronisława ????- matematyka

 czynnik społeczny- przedstawiciel Komitetu Rodzicielskiego dyrektor Ryszard Christoff obecny dorywczo w obu zespołach. Pytania egzaminacyjne okazały się dla mnie bardzo łatwe, szczęśliwa czekałam na werdykt komisji. Jednak okazało się ,że „czynnik społeczny” zauważył na podstawie załączonych dokumentów, iż jako córka kułaka (ojciec mój był właścicielem trochę większego od przeciętnego gospodarstwa rolnego) nie mogę być przyjęta do L.O, które winno kształcić młodzież klasy robotniczej, małorolnych chłopówi ewentualnie inteligencji pracującej. Zwołana konferencja na której obecni byli egzaminujący nauczyciele, przedstawiciele Komitetu Rodzicielskiego, przedstawiciele młodzieży czyli przewodniczący ZMP i przewodniczący centralnej Rady Uczniowskiej miała zdecydować o moim losie.

    Na drugi dzień poszłam do sekretariatu aby dowiedzieć się o wyniku debaty na konferencji. Spotkałam tam p. dyrektora, spojrzał na mnie jakoś tak przyjaźnie i powiedział:  od 1 września jesteś uczennicą Liceum Ogólnokształcącego- nie zawiedź. Rozbeczałam się z radości. Nie mogę o tym zapomnieć.

    Nasz dyrektor, nasi profesorowie.... wspaniali pedagodzy tworzyli klimat szkoły, atmosferę nauki i życzliwości, dobroci i zrozumienia wobec nas uczniów. Jednocześnie dbający o swój autorytet i powagę.

    Dyrektor Ryszard Christoff był to dżentelmen o wspaniałej powierzchowności i rzucającym się w oczy kulturze bycia, o postawie znamionującej siłe i pewność siebie, cieszący się autorytetem i szacunkiem młodzieży.

     Ponadto był świetnym nauczycielem biologii.

     Prof. mgr Maria Lachman- polonistka „z krwi i kości” wymagająca i konsekwentna. Z uśmiechem i humorem wykładała zawiłości języka polskiego, wpajając nam jednocześnie miłość do literatury. Uczyła mnie tylko w 8i 9 klasie.

Przeniesiona do pracy w LO Lesko.

   Prof. mgr Maria Waydowska – historyk

Dobra, ciepła, tolerancyjna. Wyobrażam sobie jak było jej- absolwentce wydziału historii na Uniwersytecie we Lwowie – trudno uczyć nas historii, która już w programie była zafałszowana.

Prof. Bronisława ?????- wychowawczyni nasza w 8 i 9-tej klasie. Uczyła nas wówczas matematyki. Później prowadziła lekcje wychowania fizycznego dziewcząt.

  Prof. Stanisław Viscardi – fizyk i matematyk od 10-tej klasy uczył nas tych przedmiotów do końca. Wymagający, szybki, trochę niecierpliwy- był postrachem uczniów, którzy nie mogli sobie poradzić ze zrozumieniem tej ścisłej wiedzy. Wiedział o tym i zobowiązywał zdolniejszych do pomocy słabszym na popołudniowych kółkach matematycznych.

 Prof. Adolf Burowski- geograf

 Jego lekcje geografii- wykłady to była wędrówka po świecie. Wykładał tak sugestywnie, że wiedziało się góry, jeziora, rzeki, lub na Antarktydzie góry lodowe u stóp których kołysało się pingwiny w ogromnych ilościach, śpieszące do brzegu morza, aby znieść jaja.

  W godzinach popołudniowych prowadził kurs tańca towarzyskiego, kurs gry w szachy, a także naukę esperanto, oczywiście wszystko bezpłatnie.

  Można mu było powiedzieć o swoich problemach, smutkach, radościach, złamanym sercu – wysłuchał, pocieszył, zrozumiał, doradził. Był to wielki przyjaciel młodzieży – mój ulubiony profesor.

     Jaka była nasza klasa???? Wspaniała- jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. W 8-ej klasie było nas 40 dziewcząt była to jedna klasa niekoedukacyjna , podobna na prośbę. Byłyśmy grzeczne zdyscyplinowane, poziom nauki więcej niż dobry. Mimo to już w klasie 9-tej nastąpiła zmiana, przyszło do nas 8 chłopców i tyleż dziewcząt odeszło do 9-tej B. W dalszym ciągu tworzyliśmy zespół zgrany, ambitny, względnie spokojny. Wychowawcą był już do końca prof. Józef Strzyż nauczyciel łaciny. Mówił nam niejednokrotnie, że nie da się między nas nawet szpilki wcisnąć. To była prawda.

    W celu zapewnienia pomocy uczniom mającym trudności w nauce, były organizowane w godzinach popołudniowych tzw. lekcje koleżeńskie, na których uczniowie silniejsi pomagali słabszym.

 Ponadto istniały również kółka zainteresowań z różnych przedmiotów np. kółko polonistyczne, fizyczno-matematyczne, chemiczne, biologiczne, geograficzno-astronomiczne, nadzorowane przez nauczycieli.

    Jednym z ciekawych wydarzeń dla mnie były wybory przewodniczącego Centralnej Rady Uczniowskiej tzw. wójta centralnego. W zebraniu uczestniczyli przedstawiciele poszczególnych klas( 6 osób z każdej klasy) oraz opiekun C.R.U. Prof. Burowski. Byłam wówczas uczennicą 9-tej klasy i uczestniczyłam w zebraniu. Moje nazwisko między innymi zostało zgłoszone do listy kandydatów. Do głowy by mi nie przyszło, że ktokolwiek będzie na mnie głosował . Po obliczeniu głosów okazało się że zdobyłam ich najwięcej. Zostałam więc wójtem centralnym już w 9-tej klasie i pełniłam tę funkcję do 11-tej klasy. Zabawy dyskoteki.... Jeden raz w roku w karnawale była organizowana zabawa taneczna z orkiestrą dla młodzieży. Obecni na niej byli: dyrektor, profesorowie i rodzice z komitetu rodzicielskiego. Zabawa rozpoczynała się polonezem, który w pierwszej parze prowadził prof. Burowski z jedną z uczennic. Bawiliśmy się wspaniale, były konfetti i serpentyny. W przerwach rodzice częstowali nas kanapkami, herbatą, kompotem. Punktem kulminacyjnym zabawy był o godz. 24.00 walczyk kotylionowy. Kotylion przypinało się koledze, z którym najwięcej się tańczyło. Wiele z nas miało jeszcze dodatkowe kotyliony, które przypinałyśmy dyrektorowi i prof. Burowskiemu . Dyrektor nigdy nie tańczył na naszych zabawach, natomiast prof. Burowski tańczył cały czas i często prosił do tańca koleżanki, które miały słabe powodzenie. Zabawa trwała przeważnie do godz. 2.00. Oprócz tej zabawy był raz w miesiącu wieczorek taneczny z muzyką z płyt gramofonowych. Odbywał się najczęściej w sobotę od godz. 17-tej do 21.00. Na wieczorkach był zawsze obecny jeden z nauczycieli.

  Jeszcze napisze o wycieczce do Krakowa. To było w 10-tej klasie. Wyjechały obydwie klasy A i B. Wyjazd o 4 rano pociągiem ze stacji Ropczyce. Już w Krakowie na poczekalni zjedliśmy śniadanie (swoje kanapki i herbatę) i potem poszliśmy na Wawel. Spotkaliśmy się z przewodnikiem – zwiedzanie rozpoczęliśmy od smoczej jamy. Potem zwiedzaliśmy komnaty królewskie, zbrojownie, nagrobki królów polskich. Następnie w katedrze Zygmuntowskiej wyszliśmy na wieżę aby zobaczyć dzwon Zygmunta. Przewodnik widząc dużą grupę dziewcząt powiedział „dziewczynki ten dzwon ma dużą moc, która z was pierwsza dotknie jego serca – to pierwsza wyjdzie za mąż”. Jedna z koleżanek podskoczyła i uderzyła ręką „serce” dzwonu – faktycznie zaraz po maturze wyszła za mąż – pierwsza z nas!

      Muszę przyznać, że te 4 lata w Liceum to jeden z najpiękniejszych okresów mojej młodości. Były w nim słoneczne i pochmurne dni jak to w życiu. Ale pozostało coś bardzo drogiego- mały kącik w pamięci poświęcony koleżankom, kolegom i Profesorom.

   Zdzisława Bąk Magdoń

Odwiedza nas

Odwiedza nas 34 gości oraz 0 użytkowników.