Abiturientem LO nr 34 zostałem w 1974 roku. Zanim to się stało... Ech, zacznę, jak starożytni Rzymianie: ab  ovo...

We wrześniu 1962 roku kończyłem 7 lat. Wtedy miałem pójść do szkoły. Ale wcześniej był maj i moja najstarsza siostra przeżywała gorączkowe chwile, określane ogólnie: matura. Jako smarkacz zapamiętałem tylko to słowo - i całe mnóstwo dorosłych prawie osób, nawiedzających nasze mieszkanie. Mama wtedy mówiła: uczą się, matura.

 

Rok później było podobnie - do czegoś takiego dorosła młodsza siostra.

I tak było jeszcze dwa razy, bo sióstr mam cztery. Z roku na rok szacunek -połączony

z obawą - dla tej szkoły rósł na tyle, że smarkaczowi liceum jawiło się  uniwersytetem, bo i takie słowa smarkacz znał. To wrażenie potęgowały stroje owych prawie dorosłych ludzi: dziewczęta

w czarnych, plisowanych spódnicach za kolano, do tego czarny żakiecik o nieco mundurowym

kroju, biała bluzka koszulowa i na głowie czarny beret z okrągłym, czerwonym emblematem szkoły; chłopcy w czarnych garniturach i w graniastej czapce z daszkiem, również z emblematem. No i tarcza, czervvieniejąca na rękawie. Musiało to wszystko robi wrażenie. Z taką szkołą musiałem się' zmierzy dorósłszy do 15 lat.

W 1970 roku zdawałem egzamin do tego niemal uniwersytetu.

Zdałem. Zdałem na tyle dobrze, że mogłem mieć  święty spokój - byłem drugi. Zgodnie

z tradycją najlepszy z egzaminowanych uczniów uroczyście otwierał nowy rok szkolny, wymachując ręcznym dzwonkiem, zrobionym z łuski artyleryjskiej - nie pamiętam z jakiej bitwy II wojny. Nie musiałem występować publicznie, będąc drugi czy kolejny, stąd spokój - choć tzw. Ambicja szeptała mi do ucha, że mogłem być pierwszy...

Pierwszy był mój kolega z 8a, Wilhelm ( zawsze lepszy i słusznie lepszy ścisły łeb, dla mnie łeb nie do ogarnięcia !), który zrobit jakieś dodatkowe zadanie z matematyki, jak na nasz gust niepotrzebne na egzaminie, ale Wilhelmowi na pewno się nudziło, więc zrobił.

Wilhelm...akurat w dzień inauguracji roku szkolnego był łaskaw się rozchorować i na parę minut przed uroczystym waleniem w dzwonek okazało się, że to ja mam walić uroczyście. Byłem wtedy tak czerwony, jak mosiężny dzwonek. Ale odwaliłem swoje solidnie. Nie ma, jak dobry początek! Ambicja powiedziała, że jest zadowolona.

Błogosławiąc nauczycieli z podstawówki, że tak porządnie nas wyedukowali, iż mogliśmy bez bólu dostać się do tego mniejszego uniwersytetu, spędzaliśmy z kolegami wakacje - ostatnie przed wejściem w dorosłość. Chcieliśmy oczywiście, by trwały jak najdłużej, bo już teraz tak szybko nie chcieliśmy dorastać. Nie spodziewaliśmy się  na pewno, że te wakacje będą krótsze.

Otóż szkoła została rozbudowana - dobudowano nowe skrzydło do wiekowego budynku i w tej nowej części miała powstać m.in. pracownia fizyczna. Ogromna. Trzeba było ją urządzić przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Pan Viscardi - postać nie byle jaka, o której jeszcze wspomnę w odpowiednim miejscu - po prostu telefonował do wszystkich znajomych, których dzieci akurat dostały się do mat-fizu w liceum i żądał - tak, mógł żądać, bo jego autorytet był na tyle wielki - by rekruci biegiem stawili się w szkole do roboty przy składaniu i ustawianiu nowych mebli i wyposażenia. Nie można było się nie stawić.

 Szkoła była dla nas i Stanisław Viscardi - jak się niebawem okazało - też był całkiem dla nas i dla szkoły. Spędzał tam całe dnie. Nie jest pewne, czy i nocy czasami tam nie spędzał, jeśli była potrzeba. A potrzeb było coraz więcej, bo nareszcie realizował swoje marzenia o pracowni fizycznej z prawdziwego zdarzenia.

Pomagając przy urządzaniu pracowni stwierdziliśmy parę  ważnych rzeczy : że pan Viscardi jest piekielnie wymagający i zjadliwie dowcipny - albo dowcipnie zjadliwy. Jest królem całego drugiego piętra szkoły i lepiej być jego wiernym poddanym. Ergo: trzeba się okropnie do fizyki przykładać, bo przebaczenia nie ma. Jeśli jeszcze dorzuci fakt że jako klasa matematyczno-fizyczna mieliśmy mieć siedem godzin tygodniowo fizyki - co z satysfakcją wyjawił nam wtedy prof. Viscardi - nasze humory już na wakacjach były z lekka zmierzwione. Uniwersytet, bez dwu zdań !

 

Ryszard Christoff, dobrotliwie wyglądający starszy pan dyrektorował szkole od wielu lat. O jego

 

 sposobie zapewniania porządku w liceum chodziły legendy, których fragmenty docierały i do przyszłych uczniów, budząc respekt i chyba strach, bo tak najprościej można to uczucie określić.

 

 

Dobrotliwy wygląd mógł jedynie wprowadzić w błąd smarkatego ucznia, który zetknął się z dyrektorem oko w oko. Takie spotkanie, nawet jeśli było przypadkowe nie mogło skończyć się  dobrze, choćby z tego względu, że uczeń - jak żołnierz - nigdy nie wyglądał wystarczająco przyzwoicie.

 

Dyscyplina była najważniejsza a jej rygory twarde. Być może złagodniały nieco, w porównaniu do lat wcześniejszych ale przecież nie porównywaliśmy tego, ciesząc się, że jest nam lżej - bo i tak było ciężko. Przede wszystkim musieliśmy wyglądać niemal identycznie, jeśli chodzi o ubiór: ciemne ubrania, przyszyte mocno tarcze na rękawach, berety na głowach z równie mocno przytwierdzonymi emblematami (czapki-rogatywki niestety wyszły z użycia); dziewczęta zaś dotkliwiej traktowane, bo nie mogły ubierać się w celu podkreślenia urody w tzw. ciuszki, lecz jedna w drugą musiały nosić granatowe fartuchy z białym kołnierzykiem.

 

Sam ubiór nie świadczył jeszcze o przestrzeganiu dyscypliny, bo przecież w grę wchodziły inne aspekty wyglądu. O makijażu i malowanych paznokciach nie było mowy - za takie coś, dostrzeżone przez dyrektora podczas apelu lub wizytacji klasy dziewczyna wylatywała z lekcji, by doprowadzić się do porządku. Jeśli zdarzało się to ponownie, miała obniżoną ocenę ze sprawowania a potem mogło skończyć się jeszcze gorzej. My, chłopcy epoki beatlesowskiej, z upodobaniem hodujący fryzury, musieliśmy się ich pozbywać z własnej woli(?), bo w przeciwnym wypadku był nakaz natychmiastowego wyjścia do fryzjera i powrotu do szkoły z włosami odpowiednio przyciętymi. Jeśli taki nakaz następował publicznie, na apelu, to kończyło się ustną naganą. Powtórki - jak wyżej. I tu anegdota: pewien kolega ze starszej klasy, wysłany po raz kolejny do fryzjera, zagrożony już obniżeniem stopnia postanowił skończyć z bieganiem co chwila pod nożyce i obciął włosy "na zapałkę". Obniżono mu ocenę... o dwa stopnie, bo uznano to za demonstrację buntu. Groziło mu nawet zawieszenie w prawach ucznia, ale Rada Pedagogiczna uznała to za zbyt drastyczną karę i ubłagała nieco dyrektora, by "buntownik" kontynuował naukę.

 

Edukacja była wartością bezdyskusyjną. Mieliśmy obowiązek uczyś się do utraty tchu, ponieważ dano nam prawo do edukacji i nie mogliśmy z tego nie korzystać. Po godzinie dwudziestej uczeń nie mógł pojawić się na ulicy w mieście- jeśli nie miał do tego wyjątkowych powodów - bo trzeba było "zapewnić” mu godziny poświęcone nauce. Nauczyciele na zmianę dyżurowali, patrolując ulice i od czasu do czasu te patrole przynosiły efekty. Złapany delikwent był odpowiednio traktowany na najbliższym apelu. Jeśli jeszcze został przyłapany w nieodpowiednim stroju, to traktowanie było bardzo nieprzyjemne. Łatwo sobie wyobrazić, że poruszaliśmy się po mieście chyłkiem, nawet w biały dzień; po lekcjach spotykaliśmy się z kolegami w ustronnych miejscach, do kina chodziliśmy tylko na popołudniowe seanse, bo nawet z rodzicami nie można było pójść na wieczorny, który kończył się o 21. Jeszcze łatwiej można sobie wyobrazić, że przy takich rygorach nie było mowy o przesiadywaniu w tzw. lokalach gastronomiczno-rozrywkowych. Całe szczęście wówczas mieliśmy w mieście jeden lokal, restaurację kat. II, która głównie służyła mieszkańcom do konsumpcji alkoholu i przesiadywanie w niej było dla nas, dorastających szczeniaków mało interesujące . Gdyby jednak ktoś się zapomniał - np. poszedł tam na kawę - to kara byłaby już niewyobrażalna. Nie przypominam sobie, by ktoś się zapomniał.

 

Wspomniany już "apel", to była cotygodniowa, poniedziałkowa trauma, rozpoczynająca się uroczystym odśpiewaniem pieśni "Naprzód, młodzieży świata...". Po takim hymnie zapoznawaliśmy się ze sprawami organizacyjnymi, odczytywano nazwiska uczniów nagrodzonych za tzw. wyniki - a więc chwila ulgi - ale niestety i nazwiska tych, którzy zostali 

ukarani naganami lub obniżeniem oceny za sprawowanie. Potem było jeszcze gorzej, bo następowała precyzyjna lustracja naszego wyglądu i wyszukiwanie kandydatów do ukarania. Chłopcom mierzono ( wzrokowo) długość włosów, dziewczętom precyzyjnie, bo linijką, niedobory w długości fartucha. Kolana zbytnio nie mogły być

 odsłonięte ! W większości przypadków ktoś źle wyglądający się znajdował a jeśli nie, to przecież dyrektor w ciągu tygodnia wizytował poszczególne klasy i jakiegoś nieszczęśnika wytropił. W taki sposób któregoś razu i ja zostałem w trybie ekspresowym wysłany z lekcji do fryzjera, bo zapomniałem przyzwoicie wyglądać.

 Na szczęście skończyło się to jedynie postrzyżynami i wstydem - innych konsekwencji nie było. Mój kolega przyszedł do szkoły w nowych, oryginalnych levisach, tyle tylko, że czerwonawych- biegiem do domu, przebrać

 się! Koleżanka przyszła w spodniach a w tych wolno było chodzić jedynie zimą - do domu itp. No i przypadek niesłychany: kolega został przyłapany na całowaniu się z maturzystką, w szkole, podczas przerwy! To już był czyn lubieżny i oboje skończyli rok z obniżonymi stopniami ze sprawowania. Maturzystka nie miała szansy stopnia poprawić.

.

Dyscyplina dyr. Christoffa trwała przez dwa lata, potem odszedł na emeryturę. Jego stanowisko objęła prof. Mieczysława Siemion i można było poczuć  ulgę . To był już rok 1972, otwieraliśmy się na świat - jako kraj - i również spojrzenie na dyscyplin~ było inne. Apele poszły w niepamić , rygory stroju i wyglądu złagodniały, zaczęto nas traktować, jak prawie dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, których nie trzeba ustawicznie kontrolować

 i "represjonować". Owszem, zdarzały się jeszcze sporadycznie tzw. apele mundurowe, ale głównie chodziło o tarcze szkolne i schludny wygląd. Długie włosy chłopców mieściły się już w ramach schludnego wyglądu, pod warunkiem, że tak właśnie wyglądały. Problemy dyscyplinarne rozwiązywali wychowawcy w zaciszu klasowym a nie jak dotychczas, publicznie, na apelach. Wobec takich zmian powstawała więź pomiędzy uczniami i nauczycielami. Nauczyciel nie był już elementem "aparatu ucisku" ucznia, stał się wychowawcą, doradcą w trudnych problemach wieku dorastania, spowiednikiem niemalże - jeśli uczeń czegoś takiego potrzebował. Nadal wprawdzie nauczyciele byli jednym żywiołem, z którym ścierał się drugi żywioł - uczniowie - ale nie było to już starcie ognia z wodą.

Drobne oszustwa, podpowiadanie, ściąganie na klasówkach itp. nie były nam obce, bo przecież byliśmy uczniami szkoły średniej a nie filozofami ze "Szkoły Ateńskiej" Rafaela. Musieliśmy jakoś walczyć z tym "żywiołem". Jeśli coś przekraczało granice, to po pierwsze konsekwencje ze strony "żywiołu" musiały nastąpić i płakać  nikt nie powinien, a po drugie zawsze mieliśmy szansę  jakoś się z tego wytłumaczyć, by moralnie wrócić do równowagi. Nie, żadnej stalinowskiej samokrytyki! Te czasy minęły, więc nie musieliśmy tego robić.

 Po prostu dostawaliśmy szanse porozmawiania o trudnych sprawach - szczególnie dyscyplinarnie trudnychbo były to sprawy zarówno nasze, jak i naszych nauczycieli. Nie dawano nam odczuć, że jesteśmy jedynie krnąbrną masą, którą należy okielznać z pomocą tzw. "środków przymusu bezpośredniego". Jedyne środki przymusu, to była ocena naszej nauki i tu żartów nie było, choć przymykanie oka na nasze niedociągnięcia istniało, bo przecież nie byliśmy geniuszami, przynajmniej nic o tym nie wiedzieliśmy . Nie ukrywam, że byliśmy oczkiem w głowie nauczycieli, bowiem byliśmy pierwszą profilowaną klasą mat-fiz w okresie powojennym, w pewnym sensie eksperymentem oświatowym - i nieco chuchania na ten eksperyment musiało być  wpisane z góry.

Profesor Mieczysław Zymróz , uczący nas wychowania technicznego, niezmiennie i dobrodusznie kpił z nas, na każdej lekcji witając tak: Uszanowanie dla klasy pierwszej (drugiej itd.) ce "es-es", czyli "super specjal". Witam wszystkich kierownikowiczów i kierownikowiczki, "Omf" magistrów (o mały figiel). Zapraszam kolejno do tablicy z zeszycikiem.. Co, nie ma zeszyciku? To stawiamy dwójeczkę; "be-zet". "Be-zet" znaczyło: bez zeszytu. Jeśli na następną lekcję  udało się skomponować zeszyt, przepisując treść od sumiennej koleżanki, profesor mówił: Bardzo ładnie, drogi kierownikowiczu, skreślamy "be-zet". A dwójeczka? Dwójeczka zostaje. Bo IW lekcjr; przychodzimy przygotowani, tudzież posiadając zeszycik. Ponieważ albowiem że zeszyciku nie było a jest, to "be-zet" skreślamy a dwójeczka pozostać musi.

Prof. Zymróz uwielbiał używać tego rodzaju anachronizmów, większość jego wypowiedzi była nimi upstrzona. Uwielbiał też udowadniać nam, że mamy lewe ręce, ale nie musiał wkładać w to wielkiego wysiłku, bo tak też było.

Naszą wychowawczynią była prof. Władysława Czaja, ucząca nas biologii i początkowo chemii. Bardzo surowa i wymagająca, jako nauczyciel przedmiotu, bezlitośnie egzekwująca przygotowanie do lekcji stała się po jakimś czasie bardzo nam bliska, jako wychowawca. Rozumiała nasze starania o to, by wyglądać, jak dorośli, robiąc jednocześnie głupstwa, przynależne wiekowi i stanowi uczniowskiemu. Jej empatia i poczucie humoru pozwalało nam wyjaśniać często niewyjaśnialne zachowania, powracać do równowagi morałnej, nie tracąc twarzy - i nie odbierając autorytetu wychowawczyni. W związku z tym przypomnę takie zdarzenie, związane z dyscypliną i wyglądem, czyli z czasów dyr. Christoffa. Otóż sporadycznie, z zaskoczenia nauczyciele kontrolowali stan wyglądu ucznia przy wejściu do szkoły. Niewłaściwie przyodzianych - głównie chodziło o przyszytą tarczę, bo wiadomo było, że nosimy tarcze na agrafkach - odsyłano do domu, wpisując nieobecność nieusprawiedliwioną. Czasami udawało się przemknąć, ale pewnego razu, gdy dyżur miała nasza wychowawczyni, nikt z naszej klasy przemknąć się nie mógł. Dziewczęta jakoś tam pokombinowały, pewnie któraś miała przy sobie igłę z nitką i wspólnymi siłami doprowadziły się do porządku. My, chłopcy ani myśleliśmy ranić naszych swetrów, więc trzeba było inaczej pokonać przeszkodę . No i pokonaliśmy, gdy nadszedł Wilhelm, porządnie ubrany w marynareczkę z przyszytą tarczą. Wystarczyło parę słów, by wiedział, co robić . Wszedł, jako pierwszy, zrzucił marynarkę  przez okno pierwszego piętra, niebędące w zasięgu wzroku pani Profesor. Potem wszedł następny z nas i zrobił to samo, i kolejny... Nie na każdym marynarka leżała idealnie, bo właściciel nie był zbyt rosły zaś kilku kolegów miało dość szerokie bary - ale daliśmy radę(;'! Wychowawczyni przecież widziała, co się święci, ale nie protestowała, bo pewnie pomysł jej się spodobał - a poczucie humoru pozwoliło uznać nas za kreatywnych.

Jako klasa tak ściśle wyprofilowana zdawaliśmy sobie sprawę, że naszym przeznaczeniem jest nieustanna nauka fizyki i matematyki. O pro f. Viscardim niektórzy z nas mieli już swoje, naznaczone lękiem, zdanie, jednak rzeczywistość szkolna pokazała, że może być gorzej. Już na wstępie, na pierwszej lekcji Profesor ustalił zasady: kawalerka siada z przodu, panienki z tyłu. Pracownie są trzy i w każdej ma to tak wyglądać, żeby mi nie było szwendania się, po sali. Z góry zostaliśmy więc skazani na pierwszą linię frontu, bo Profesor rzadko odpytywał według dziennika, odstrzeliwując pierwsze linie, które sam ustalił. Jeśli te padały, do boju musiały zostać  rzucone "panienki" (za sformułowanie przepraszam, nie jest moje) ,z reguły jeszcze mniej waleczne - wtedy impulsywny i nerwowy Profesor potrafił rzucać ciężkimi słowami na nasz temat, wpisując czerwone cyferki dwój do dziennika. Czasem jednak machał zrezygnowany ręką i powtarzał tumanerii temat, niezbyt przez tumanerię  przyswojony.

Czekając na lekcje fizyki w małym przedsionku przed zamkniętą pracownią każdy przeżywał dziki strach, telepiąc się z książką w garści i powtarzając definicje, wzory i zadania czekał na ścięcie. Mało kto wierzył, że to gorączkowe powtarzanie coś pomoże - i z reguły się nie mylił. Nie telepał się jedynie Wilhelm, ale - jak mówiłem - miał głowę mat-fiz i to wszystko, co dla większości było bardzo czarną magią, dla niego było po prostu fajnym wyzwaniem. To on 'miał czelność powiedzić  Profesorowi, że nie odrobil zacdania, bo mu się po prostu nie chciało wszyscy wtedy zamarli - a Profesor zaśmiał się tylko i rzekł: No pewnie, to za głupawe dla ciebie, szkoda czasu. Pokaż wszystkim, jak to zrobić...! Wilhelm, nie spiesząc się, pokazywał.

Rzecz jasna, przesadzam trochę z tą naszą tępotą do fizyki, bo tak źle nie było, w końcu radziliśmy sobie jako tako, niektórzy nawet całkiem nieźle- ale panika przed rozstrzeliwaniem przez Profesora nie dotyczyła jedynie Wilhelma. Żeby nie czuć się  wyalienowanym i on często sterczał przed pracownią z książką w ręku, ale przeważnie był to zbiór zada!ń  z fizyki - nasz brewiarz - i najwyżej był lekko zaniepokojony...

Dawkę matematyki mieliśmy podobną jak fizyki, ale rozłożoną inaczej: spotykaliśmy się z prof. Józefem Wójcikiem codziennie. Profesor - sprężysty, energiczny i wesoły człowiek - był niejako nieformalnym naszym wychowawcą (przez jakiś czas i formalnym, bo w zastępstwie), znał nas na wylot, nie tylko od strony naszej znajomości przedmiotu czy zaangażowania w znajomość, ale również od strony mniej oficjalnej. W końcu na lekcjach nie można było permanentnie rozwiązywać zadań! Na pogaduchy też był czas, więc gadało się o sporcie, zainteresowaniach, delikatnie nawet i o męsko-damskich problemach... Nie było poufałości między uczniami a Profesorem, ale czasami można było zwrócić się do niego, jak do starszego kolegi, który z racji doświadczenia może pomóc w trudnej kwestii. Jeśli zaś grupa zwróciła się do niego w sprawach merytorycznych - czyli np. nie rozumieliśmy ni w ząb bieżącego materiału - wtedy padało słynne: No bez pojęcia I Bez pojęcia !!' - i zaczynało się wałkowanie tematu dotąd, aż został przyswojony. Innym jego powiedzonkiem, używanym dla podkreślenia, że uczyć się należy sumiennie, było: Zamiast w nocy iść na ksiuty - zbieraj złom dla Nowej Huty' Jeśli "złomu" było za mało, by postawić trójeczkę  na koniec semestru, to Profesor sam zachęcał do walki o poprawę oceny i zawsze był gotowy do poprawkowych odpytywań materiału.

Nie samą nauką żyliśmy przecież, dlatego nie chcąc, by takie wrażenie powstało spróbuję przypomnieć

 sobie, jak wyglądało nasze życie kulturalne i jakie mieliśmy rozrywki.

Początkowo jedynymi rozrywkami były pochody pierwszomajowe, capstrzyki z okazji rocznic wojennych i akademie ku czci rewolucji. Pełna gala, szyk zwarty; flagi, transparenty, szturmówki (czerwone, rewolucyjne chorągwie)... Obecność obowiązkowa. Przemarsz przed trybuną honorową czy przed pomnikiem radzieckiego żołnierza w pełnej powadze, krokiem marszowym, jak wojsko na defiladzie. Lata późniejsze nieco to złagodziły i można było zachowywać się radośniej i swobodniej, jeśli święto było radosne - ale świętowanie obowiązkowe było zawsze.

We własnym zakresie mogliśmy zapewnić sobie rozrywkę  jedynie w postaci kina - a w latach siedemdziesiątych oferta była bogata: kino włoskie, francuskie czy amerykańska klasa A - było co oglądać,

 nawet kosztem nauki do zbliżającej się klasówki. Szkoła również organizowała wyjścia do kina, wiadomo jednak, że na ekranizacje lektur. Ale to też były chwile oddechu, podobnie jak wycieczki szkolne do miast, wartych odwiedzenia: Kraków, Warszawa - co wiązało się ze spotkaniem z tzw. kulturą wyższą: teatr, opera, muzea, galerie sztuki; rajdy piesze po regionach ciekawych geograficznie czy historycznie, typu Pieniny, Tatry i Podhale, czy miejsca związane z historią II wojny.

W okresie karnawału w szkole organizowane były zabawy dla uczniów, czyli potańcówki -albo ogólnie, dla wszystkich albo poszczególne klasy robiły to we własnym zakresie. Delikatnie mówiąc, imprezy takie wypadały dość drętwo, szkolne mury nie sprzyjały swobodzie, potrzebnej do zabawy. Swobodnie i na luzie czuliśmy się natomiast na prywatkach, które zaczę1iśmy sobie urządzać, kiedy można już było bez konsekwencji poruszać się po mieście wieczorami. Ponieważ byliśmy klasą bardzo zgraną już od początku nauki w liceum - wiadomo: wspólne zagrożenia i stresy bardzo integrują grup~ - wystarczało tylko hasło: impreza i po paru dniach prywatka była zorganizowana.. Kto dysponował w miarę niekrępującym mieszkaniem, udostępniał go na taką okoliczność i dalej było już tak, jak w piosence Wojtka Gąssowskiego. No, repertuar był nieco inny, ale reszta się zgadzała. Wieczór, Bambino i ty...Wino, kobiety i śpiew...Bez żadnych ekscesów, rzecz jasna. Przyjemnie powspomina te wieczory, nawet jeśli okupione były chwilową obniżką formy intelektualnej i paroma wpadkami podczas najbliższych odpytywań czy sprawdzianów. To też integrowało. No jasne, że nie cała klasa brała w tym udział, bo to byłoby niemożliwe z różnych względów. Przeważnie była to grupa kilkunastoosobowa, najbardziej ze sobą związana i zaprzyjaźniona, ale przecież nie zamknięta, bo każdy mógł się do imprezy przyłączyć, jeśli tylko miał chęć. Raczej jednak pozostawaliśmy w podobnym gronie, spotykając się nawet po maturze, przeważnie w Krakowie, gdzie większość z nas studiowała. Można by powiedzieć, że do trzech lat po maturze impreza goniła imprezę.

Zanim powiem słowo o maturze chciałbym wspomnieć choć jednym zdaniem kilkoro profesorów. Kilkoro, bo wszystkich nie jestem w stanie - za co przepraszam tych, o których nie wspomnę.

Pani Alicja Mac, przepiękna kobieta, polonistka, opierająca się zalotom smarkatych romeów, uczyła nas również języka rosyjskiego. Nie wiem, jak czuła się, prowadząc lekcje -polskiego czy rosyjskiego - widząc paru podekscytowanych szczeniaków, nad którymi jakoś zapanować musiała ! Wiem, że panowała doskonale. Byłem w końcu jednym z tych szczeniaków...Ekscytacja urodą pani Profesor nie przełożyła się jednak na miłość do języka rosyjskiego. Pani Alicja przemknęła, jak efemeryda, zostawiając tylko piękne wspomnienia, natomiast miłości do języka, jako takiego - nie zważając, że to jest ten język - uczył nas Stanisław Perdeus. Nie zważając również na to, czy chcemy się  w tą  miłość angażować czy nie, robił swoje doskonale. To on nauczył nas wymowy, intonacji, śpiewności języka; to wtedy zaczęliśmy naprawdę odróżniać spółgłoski miękkie od twardych, dźwięczne od bezdźwięcznych, dostrzegać związki między głoskami czy rozumieć wreszcie, po co istnieją te dziwne znaki: miękki i twardy. To on gnębił nas recytacjami poezji - szczególnie Puszkina - tak, że przed takimi lekcjami telepaliśmy się, jak przed fizyką. Ale szlifowaliśmy język, bo nie było od tego ucieczki. Jak wiele z tego pozostało - nie wiem. Świadomość tego, że bżdy język ma swoją "duszę" pozostała na pewno - no i pamięć o nauczycielu, nieprzejednanym filologu rosyjskim.

Równie nieprzejednana we wtłaczaniu wiedzy i egzekwowaniu skutków tego wtłaczania była Pani Halina Szczygieł, nauczycielka geografii. Jej metoda była prosta: by geografię jako tako znać, wiele rzeczy należało wbić

 do pamięci, "na blachę". Lepiej było nie konfabulować podczas egzekucji, bo wtedy szybko zostawało się ściętym i wbijanie należało zaczyna od nowa, ponieważ wszystkie dwójeczki trzeba było poprawić, ergo: materiał zaliczyć. Bolało często, ale ćwiczyliśmy pamięć wytrwale. l niech ktoś powie, że te ćwiczenia  mózgu nie przydały mu się w późniejszym życiu? Jeśli po czterdziestu latach jestem w stanie "wyśpiewać” dzieje Ziemi, z podziałem na ery, epoki i okresy, to - nie patrząc, czy jest mi ta wiedza  potrzebna - wiem, że moja pamięć  jest w dobrej kondycji. Choć przyznaję, mogłoby być lepiej. Kiedy chciałem sprawdzić swoją pamięć i przypomnieć sobie listę  obecności naszej klasy - cztery nazwiska dziewcząt mi umknęły! Przepraszam.

Po odejściu prof. Alicji Mac w obroty wzięła nas prof. Ewa Olszewska, świeżo upieczona absolwentka polonistyki UJ. Były to wysokie obroty, stąd przygotowanie do matury mieliśmy niezłe, mimo niechęci do czytania lektur i analizowania  "co autor chciał w wierszu powiedzieć". Zresztą Pani Ewa dawała dużo swobody w interpretacjach, lubiła dyskusje, zręcznie naprowadzając rozentuzjazmowanych własną inwencją uczniów na właściwy trop. Cierpliwości miała wystarczająco dużo.

Wiele cierpliwości i wyrozumiołości musiała  mieć też prof. Danuta Sulisz, męcząc się z nami na lekcjach języka niemieckiego. Nie dość, że niewiele osób wykazywało przyzwoite zainteresowanie przedmiotem, to jeszcze, wyczuwając w niej zrozumienie dla naszego poczucia humoru robiliśmy wciąż jakieś psikusy, co doprowadzało ją czasem do zdenerwowania ale często do łez rozbawienia. Przykład: kolega Tadeusz, pełniąc obowiązki dyżurnego dostał polecenie zwilżenia gąbki, bo Pani Danuta chciała mnóstwo rzeczy zapisać

 na tablicy. Wybiegł pędem...ale wrócił z ociekającą gąbką dopiero pod koniec lekcji. Zdyszany wyjaśnił zdenerwowanej nauczycielce, że jest awaria wodociągu i musiał biegać aż do Wielopolki po wodę. Zdenerwowanie błyskawicznie zamieniło się w tzw. "kupę śmiechu". Dowcip był przedni, nie trzeba było sprawdzać, jak naprawdę z tym wodociągiem było. Tadeusz, jako mistrz elokwencji często rozbawiał nasze profesorki do łez, opowiadając niestworzone historie, tłumaczące nasze zachowania.

Nie tylko my robiliśmy profesorom psikusy, bowiem i oni byli do tego zdolni. Prof. Zdzisław Zawisza, specjalista od obrony cywilnej, przyłapawszy mnie pewnego razu na paleniu papierosa w szatni natychmiast - jak się potem okazało - podzielił się tą radosną wiadomością z prof. Viscardim. Ten zaś, zatarłszy na pewno ręce z radości, na najbliższej lekcji fizyki postanowił niedorostka trochę zawstydzić. Wezwał mnie do tablicy i ogłosił: Dziś zaczynamy nowy dział fizyki pod tytułem: optyka. Do doświadczeń potrzebujemy dużo dymu. Mnie wzasadzie nie wolno palić papierosów na lekcji, ale mamy mistrza, któremu jest wszystko jedno, gdzie pali. - tu wskazał na mnie i wyciągnął rękę z paczką" płaskich". Zrobiłem się czerwony, jak sto złotych, ale już wiedziałem, że nie ma przeproś, tłumaczyć się nie ma sposobu. Przyjąłem papierosa i trzęsącymi rękami zapaliłem. No, no - nie denerwuj się, nie udawaj, że nie umiesz. Po co masz kopcić w szatni, skoro u mnie możesz się; napalić po uszy. Przynieś na nastrępnq lekcję swoje papierosy, bo z moich jakiś słaby ten dym. Te słowa wcale nie były żartem, bo okazało się  potem, że przez kilka albo i kilkanaście lekcji optyki musiałem palić na zawołanie, za każdym razem wstydząc się niezmiennie. Moja wpadka mogła jednak skończyć się gorzej, gdyby obaj profesorowie byli mniej dowcipni.

Prof. Viscardi słynny był również z innych "dowcipów", czynionych uczniom w latach sześćdziesiątych. Otóż namiętnie tropił wagarowiczów. Gdy na jego lekcji absencja była podejrzanie duża zostawiał klasę sam na sam z jakimś zajmującym zadaniem, siadał na swojego ognistego rumaka, czyli motocykl marki WFM i p~dził nim po okolicznych pagórach i zagajnikach w poszukiwaniu miłośników przyrody. Czy takie poszukiwania kończyły się jedynie na zapędzeniu ucznia do szkoły, czy też miały jakieś poważniejsze konsekwencje - nie wiem, bo znam to tylko z opowiadań. W naszych czasach już to się nie zdarzało, więc mogliśmy korzystać z większej swobody wyboru: szkoła-łono natury. Owe pagóry i zagajniki, zwane przez nas potocznie "górkami" były też miejscami naszych spontanicznych wypraw po lekcjach. Szczególnie upodobaliśmy sobie zalesione wzgórza i wąwozy w południowo-wschodniej części przedmieścia, dokąd chodziliśmy co jakiś czas w pogodne dni, zaopatrując się po drodze w odpowiedni, "piknikowy" prowiant. Im bliżej było do matury, tym częściej gnaliśmy w "górki", by stres przed egzaminami rozładować.

I w ten sposób, ucząc się pilnie przez całe ranki, troch~ wagarując i trochę imprezując dobrnęliśmy do matury. Studniówka minęła - bardzo sympatyczna była to impreza, już nie naznaczona taką sztywnością, jak bale karnawałowe; dziewczęta mogły poszaleć nieco ze strojami, choć przecież nie do tego stopnia, jak dziś; chłopcy na luzie, "oranżada" na stole. Profesorowie, rozmawiający już całkiem "ludzkim" głosem, troszczący się o nasze wyniki przyszłych egzaminów na studia i w ogóle całą naszą przyszłością. W końcu wypuszczali nas na głębokie wody dorosłości, niepokojąc się, że być może kiepsko nauczyli nas pływać.

Nauczyli. Za takie wykształcenie - średnie i ogólnokształcące - jesteśmy im wdzięczni niezmiennie. Wszystkim.

Matura była wielkim przeżyciem. Jazdę obowiązkową zdaliśmy raczej bezboleśnie, szczególnie matematykę - organizacja "telepatycznych" połączeń między uczniami mocnymi w tej dziedzinie a słabszymi była nienaganna. Przedmioty wybrane zdawaliśmy już ustnie, przed komisjami trzyosobowymi i o telepatii mowy nie było, więc każdy radził sobie sam. Jakieś moce nadprzyrodzone musiały jednak działać, bo zdając historię - zmorę moich lat w liceum - trafiłem na taki zestaw pytań, że poradziłem sobie na piątkę ! Prof. Gąsior, dla którego byłem utrapieniem przez cztery lata, w momencie ogłaszania "wyroku" był przeszczęśliwy. Ja również.

No i cóż powiedzie na koniec...? Czterdzieści lat mija a każde wspomnienie szkoły powoduje ogromne wzruszenie. Za to wzruszenie też jestem wdzięczny Wam - drodzy Profesorowie - i Wam, drogie Koleżanki i drodzy Koledzy. Dozgonnie.

Marek Machnica, rocznik 1970-74, klasa IV c

Odwiedza nas

Odwiedza nas 24 gości oraz 0 użytkowników.